MAŁY ŻEBRAK
MAŁY ŻEBRAK
MÓDL SIĘ I PRACUJ!
Tekla Gumpert
przełożył
Teofil Nowosielski
Warszawa - 1854r.
SŁÓWKO TŁUMACZA.
Tekla Gumpert należy do rzędu najzasłużeńszych autorów niemieckich, którzy chętnie poświęcając swój talent pisarski wychowaniu, zbawienny wywierają wpływ na dobro przyszłych pokoleń.
Autorka niemiecka, o której tu mowa, niemało już napisała dla dzieci pożytecznych dziełek. Pośród innych nader szacownych pism swoich, ogłosiła następujące wyborne Powieści: Puk! Puk! Puk! — Szewczyk. — Cztery tygodnie wakacyj. — Stara babunia we dworze. — Mali bohaterowie. — Dziecko nieme. — Człowiek w koszu, — Dzieci wygnańca.
Wszystkie dzieła Tekli Gumpert mają dążność czysto moralną; głównym ich celem jest wpływać skutecznie na poprawę obyczajów niższych warstw społeczeństwa, przez dobre nadewszystko wychowanie dzieci ludowych. Obok bogatej pomysłowości, autorka odznacza się wysłowieniem jasnem, poprawnem, a przytem arcy przystępnem do pojęcia dzieci.
Dlatego-też pisma Tekli Gumpert wielce są w Niemczech cenione i nader poszukiwane. Krytyka niejednokrotnie już oddala talentowi autorki zasłużoną sprawiedliwość.
To skłoniło mnie do przełożenia na język ojczysty niniejszej powiastki, w zamiarze przyswojenia jej naszej szczupłej dotychczas dziecięcej literaturze.
Jeżeli szczere acz słabe usiłowania moje, odpowiedzą zamierzonemu celowi, będzie to za iste najmilszą nagrodą za moję pracę.
Zbliżała się ostra, bardzo ostra zima. Już mroźne powietrze zaczęło dokuczać biednym ludziom, chociaż jeszcze miesiąc Listopad nie upłynął; a wiadomo, że największe mrozy następują dopiero w miesiącach Styczniu i Lutym. W wielkich miastach zbierają wprawdzie znaczne ofiary na ubogich; wszelako zebrane pieniądze nie są wystarczającemi, aby można było ogrzać wszystkie mieszkania biednych, opatrzyć w odzież znoszących niedostatek, i dać pożywienie wszystkim głód cierpiącym.
Wśród takiego biedactwa, w mieście W..., żył także pewien wyrobnik, który był ojcem pięciorga dzieci; najstarsze z nich, chłopczyk, miał dopiero lat dziesięć, najmłodsze, zaledwie kilka miesięcy liczyło.
Nieszczęśliwe te dzieci były całkiem opuszczone. Ojciec ich, lekkomyślny człowiek, mało się troszczył o swoje pięcioro biednych dziatek, któremi go Pan Bóg obdarzył; matka zaś, na nieszczęście, już nie żyła. Bóg zmiłował się nad nieszczęśliwą, zabrał ją do Swojej chwały, a zarazem uwolnił ją od wszelkich cierpień i trosk ziemskich. Tak biedne dzieciaki, po śmierci matki popadły w większą jeszcze nędzę.
Matka, póki jeszcze żyła, to przędła, to robiła pończochy, bo szyła, a jak co zarobiła, to za te pieniądze gotowała dzieciom swoim różne poleweczki. Przytem dobra kobieta naprawiała dzieciom podarte sukienki. Gdy jednak matka umarła, nikt się już jej dziećmi nie zajmował; nikt im ciepłej poleweczki nie gotował, nikt im też sukienek nie naprawiał.
Ojciec osieroconych dzieci zaraz od samego rana spijał gorzałkę. Wprawdzie, w ciągu dnia zarabiał nieco pieniędzy; ale cóż potem, kiedy wieczorem wynosił je zaraz do pierwszej lepszej szynkowni i tam przepijał; dzieci zaś, żeby miały się czem posilić, musiały wychodzić na miasto i żebrać.
Henryś i Joasia, uczęszczali do bezpłatnej szkółki i zostawali tam od ósmej godziny z rana aż do południa, reszta dnia schodziła na żebrance. Mała Ludwisia, trzecia siostrzyczka, nie uczęszczała jeszcze z nimi do szkoły, przez cały dzień włóczyła się po ulicach i żebrała, chodząc od jednego domu do drugiego. Najmłodszy dzieciaczek, biedny robak, złożony w nędznej kołysce, pod brudną pościółką, od czasu do czasu krzyczał głosem serce rozdzierającym. Najczęściej gruby smoktczek zrobiony ze starego jakiegoś gałganka i napełniony czarnym skisłym chlebem, tkwił w ustach dzieciny; stanowiło to całe jego pożywienie. Przy małem niebożątku, przez cały boży dzionek siedziała sama jedna trzechletnia siostrzyczka. Skulona siedziała ona zazwyczaj na jednym rogu siennika, który zarazem służył jako jedyne posłanie czworga starszych dzieci. Gdy czasem zimno za bardzo Lud wisi dokuczało, chowała się W siennik i tak jak jakie biedne psiątko, zagrzebywała się w słomie nawpół zgniłej.
Dopiero nad samym wieczorem starsze jej rodzeństwo powracało z miasta. Wówczasto dzieci przystępowały do podziału pomiędzy siebie kawałków starego zeschłego chleba, które im się uzbierały w ciągu całodziennej żebraniu. Trzeba było widzieć, z jakim apetytem dzieci zajadały swój chleb suchy. Posilając się same, nie zapominały także o swoim małym braciszku, który z kołyski wyciągał do nich rączęta; dawały mu chleba okruszynki i niemi go karmiły, tak jak jakiego wróbelka. A trzeba wiedzieć, że od śmierci matki, biedne dzieciaczki ani razu nie miały jeszcze mleka w ustach, mleka które dzieci tak lubią, a które przytem jest dla nich bardzo zdrowym pokarmem.
Ojciec tych biednych. dzieciaczków, zazwyczaj pijany powracał do domu. Dzieci musiały zaraz oddawać mu pieniądze, które przez dzień użebrały. Cześć tych pieniędzy obracał wyrobnik na kupno małego bochenka chleba, którego nazajutrz z rana dawał dzieciom po kawałku na śniadanie. Jedyne też to było staranie lekkomyślnego człowieka. A może i tego byłby on nie czynił, gdyby nie ta okoliczność, iż dwoje najstarszych jego dzieci, uczęszczając do szkoły, dopiero po wyjściu z niej mogło co użebrać. To, co pozostało z pieniędzy, użebranych przez dzieci, niedobry
